iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Z innej bajki - opowieść nr 5

Historia z pawiem na plecach

Czy wiecie czym zajmuje się parapsychologia? Nie chodzi mi o dokładną definicję. Nawiązuję do parapsychologii ponieważ to ona definiowana jest jako nauka wyjaśniająca zjawiska paranormalne, trudne do wyjaśnienia za pomocą znanych nam praw przyrody i fizyki. A to, o czym chcę dzisiaj napisać takim się właśnie zjawiskiem wydaje.

Bo czy można w sposób normalny wyjaśnić fakt, że ktoś sam sobie narzygał na plecy? Czy ktokolwiek czytając ten tekst jest w stanie sobie wyobrazić taką sytuację? Co musiało by się stać, żeby fizycznie było to możliwe? Głowa musiała by być całkowicie obrócona do tyłu, ale to wymagało by skręcenia karku. Tymczasem jak wiadomo, życie pisze najciekawsze scenariusze i to czego nie byli byśmy w stanie sobie wyobrazić, po prostu się nagle dzieje. Tak też było z tym rzyganiem na własne plecy.

Cała sytuacja wydarzyła się na dworcu kolejowym w Zielonej Górze. Mój znajomy Rycho siedział na ławeczce na jednym z peronów i czekał na swój pociąg. Na tym samym peronie pojawił się mocno wstawiony gość. Pewnie po wypłacie wypił kilka głębszych z kumplami gdzieś za sklepem i wracał do żony z resztą pieniędzy. Gościem targało na wszystkie strony, ale starał się iść i nie upaść. Nie było to łatwe, więc jeśli jakaś niewidoczna siła wyższa wyginała go w lewą stronę i wydawać by się mogło, że zaraz upadnie gość nie poddając się, resztkami sił przeginał śmiało ciało w stronę prawą.

Tak samo odbywało się to z ruchami w przód i tył. Wyglądał przez to pociesznie i przyciągał uwagę Rycha, który myślał sobie - "oj chłopie, w domu kobieta spuści ci niezłe manto".

Kilka razy gościem tak miotnęło, że Rycho prawie się poderwał, żeby go łapać. Ten jednak nadal dzielnie walczył i mimo tego, że zgodnie z prawami fizyki powinien grzmotnąć na beton i wyłożyć się jak długi, to dawał radę i utrzymywał pion.

Rycho poczuł nagle, że od samego patrzenia na gościa sam się tak napiął, jakby oglądał katastroficzny film grozy. Całe napięcie jednak odpuściło, kiedy nagle wydarzyło się coś tak niesamowitego, że Rycho wpadł najpierw w totalne osłupienie, po czym wybuchnął niekontrolowanym gromkim śmiechem, prawie krzycząc niecenzuralne - "o ja pierdolę!"

Otóż w pewnym momencie kolejny raz jakaś tajemna siła szarpnęła pijanym gościem w tył w taki sposób, że wygiął się jak akrobata, który ma zamiar zrobić mostek. W tym samym czasie, kiedy go wyginało do tyłu gość zwymiotował, a zawartość tak zwanej pijackiej cofki wystrzeliła do góry jak fontanna. Nagle ta sama tajemna siła pchnęła go mocno w przód, więc machając rękoma również w przód, dla utrzymania równowagi wygiął się robiąc prawie skłon, w taki sposób jakby chciał dotknąć czołem swoich kolan. Wszystko odbyło się w tak zawrotnie szybkim tempie, że kiedy fontanna rzygowin spadała z powrotem w dół, gość już był wygięty w przód, więc wszystko poleciało mu na plecy.

Czy taka historia nie trąci nieco zjawiskiem  paranormalnym? Jak to człowieka czasami coś tak sponiewiera, że wraca do domu z pawiem na plecach i sam pewnie nie wie jak do tego doszło.

The End

Komentarze (2)
Z innej bajki - opowieść nr 4

CIUL

Dziś opowiem o pewnej historii, która wydarzyła się na wsi u mojej babci.

Na każdej wsi jest sklep, w którym obowiązkowo poza chlebem i cukrem jest też piwo. Poza piwem zawsze muszą być papierosy. Na takiej wsi sklep jest trochę jak ośrodek kultury połączony z news room'em.

Schodzą się tu różni ludzie. Niektórzy pośpiesznie kupić chleb i coś pierwszej potrzeby, inni - tzw stali bywalcy - przychodzą tu wziąć na krechę kilka flaszek piwa i paczkę "fajek".

Lubią tu postać i podyskutować. Mają tu lepiej niż w swoich chałupach z gminnego przydziału.

Takimi stałymi bywalcami byli Tadziu, którego nazywano we wsi Ciulem i Józek, zwany Kuternogą, bo był po prostu kulawy.

Obaj stanowili nierozłączny duet. Dostali od gminy mały domek, w którym razem mieszkali. Obaj mieli ogromne poczucie humoru na poziomie adekwatnym do poziomu życia jakie wiedli.

W sklepie lubili przebywać, bo nie dość, że mogli tu wypić i zapalić, to jeszcze spotykali innych ludzi, dzięki czemu mogli zająć się wymianą informacji i myśli intelektualnej. Poza tym w sklepie było ciepło jesienią i zimą, a chłodno latem.

Czasami też właśnie w sklepie nadarzył się ktoś, do kogo załapali się na jakąś fuchę za flaszkę wina. A to już było nie byle co. I tak mijały dni Ciulowi i Józkowi Kuternodze.

Pewnego razu chłopaki nie dostali już piwa na krechę, bo przyszła pora spłaty. Trzeba było, więc załapać jakąś fuchę u gospodarza i zarobić na dług, tym bardziej, że suszyło chłopaków.

Ciul załapał się do jednego z gospodarzy na jakąś robotę w polu, gdzie miał z gospodarzem jechać ciągnikiem. Ciula strasznie jednak suszyło, bo od dwóch dni nie miał za co się napić. Gospodarz jednak obiecał flachę wina dopiero po skończonej robicie. Przed robotą dał Ciulowi tylko kilka papierosów. Dobre i to na początek. Usiadł więc Ciul w ciągniku gotowy do drogi, a rolnik wrócił jeszcze po coś do chałupy.

Tymczasem Ciul zobaczył, że w ciągniku leży flaszka wina. W głowie natychmiast zaświtała mu myśl, żeby szybko wypić ile się da zanim gospodarz wróci z domu. Chytrze i w pośpiechu złapał flachę, odkorkował i gul, gul, gul. Na to akurat z chałupy wyszedł rolnik i zaniemówił. Zanim zdążył zareagować Ciul spadł już nieprzytomny z ciągnika na ziemię i leżał martwy. W butelce nie było bowiem wina, tylko płyn do chłodnicy BORYGO.

Ciul był tak spragniony, że nie poczuł różnicy. Pragnienie go jednak zabiło. Przyjechało pogotowie i zabrało zwłoki do szpitala. W karetce udało się Ciule reanimować, ale we wsi nikt o tym nie wiedział i  poszła plotka, że Ciul umarł.

Nie muszę chyba opisywać jaka rozpacz dopadła Józka. Wyrzuty sumienia za wszystkie kłótnie, za podkradany Ciulowi węgiel, który ten dostał  z opieki społecznej w gratisie w ramach pomocy - Józek nie dostawał, bo miał rentę, Ciul nie miał żadnych dochodów i jeszcze alimenty musiał odpracowywać. Właściciel sklepu widząc rozpacz Józka dał mu tym razem więcej na krechę niż zwykle.

Tymczasem Ciul cudownie uratowany przez lekarza pogotowia, leżał nieprzytomny, przebrany w białą flanelową koszulę nocną w łóżku szpitalnym. Oprzytomniał ok. 4 nad ranem i nie wiedział, gdzie jest i co się dzieje. Rozejrzał się, otworzył okno i uciekł boso, ubrany tylko w tę koszulinę ze szpitala. Było bardzo mgliście, ale Ciul jakoś znalazł drogę z miasta do swojej wsi. Szedł tak, a że miał do przejścia ok. 12 km, to trochę mu zeszło.

W każdym razie do wsi dotarł akurat w porze, kiedy właściciel otwierał swój sklep i przyjmował dostawę pieczywa z piekarni.

Było to nieco po 5 rano. Ponieważ po wcześniejszym rozpaczliwym piciu Józka suszyło od wczesnych godzin porannych to wybrał się do sklepu licząc chociaż na jeszcze jedną butelkę piwa, która zostanie dopisana do jego rachunku, który zwykle spłacał po otrzymaniu renty.

Idzie, więc zrozpaczony Józek do sklepu, a z drugiej strony wraca do domu Ciul, który zwiał ze szpitala.

Idą przyjaciele, wokół mgła i nagle wchodzą na siebie tuż w okolicy sklepu.

Ciul zobaczył Józka i pyta:

- A ty kurwa gdzie beze mnie?

Józka zamurowało na widok żywego Ciula, w białej sukni wychodzącego z mgły o tak wczesnym poranku.

- A ty kurwa co? - pyta Józek - Żyjesz?

Przypomnę - o czym wspominałam na początku tej opowieści - że chłopaki zawsze mieli poczucie humoru.

I takim też humorem chciał błysnąć Ciul, który miał powiedzieć do Józka:

- Nie kurwa nie żyję i przyszedłem po ciebie bo mi tam smutno samemu - i zarechotał głośno.

Na te słowa Józek dostał zawału serca, gdyż przekonany był, że Ciul jednak zmarł. Wierzył, że spotkał ducha przyjaciela. Padł na asfalt i tym razem to jego musiało zabrać pogotowie.

Nie pamiętam już, ale chyba Józka też odratowali. Wydaje mi się, że kiedyś jadąc samochodem przez wieś mojej babci widziałam go żywego.

The End.

Chinka

 

 

Komentarze (0)
Bar Centrum

Dziś byłam zregenerowana i to był dzień, kiedy powinnam iść biegać. Już zresztą mnie nosiło. Przedtem jednak naładowałam się energetyczną muzą, tak bardzo, że o mało mnie nie rozsadziły emocje od środka. Nie odczekałam więc odpowiedniego czasu po zjedzeniu swojego zbilansowanego posiłku: białka, węglowodany, tłuszcze. Trudno pomyślałam - najwyżej rzygnę na moście i pobiegnę dalej. Takie rzeczy się zdarzają.

Pobiegłam, więc taka naładowana żarciem i muzą. Mieszanka niezła. Biegnę więc, biegnę i jest ten most, co to ustaliłam, że jakby co to rzygam. A tu niespodzianka. Jakoś nie zanosiło się na takie atrakcje. Za to stało się coś zupełnie innego. Nagle przypomniałam sobie pewna sytuację sprzed wielu, wielu lat, która przydarzyła się mojemu znajomemu Zbyszkowi.

Zbyszek był moim szefem kilka lat w dziale handlu zagranicznego. Mało tego, że był dobrym szefem, to był na dodatek świetnym kumplem. Drań nie dość, że starszy był ode mnie jakieś 13-14 lat co wtedy mi się strasznie podobało i imponowało to na dodatek był cholernie przystojnym i błyskotliwym anglistą. Właściwie to jest przystojny do dziś, błyskotliwy też i do dziś ma niezwykle kształtny tyłek, który zawsze podziwiałam.

 Miał powalające poczucie humoru i był zabawnie roztargniony. Nic  tylko się w nim zakochać. I wszystkie się w nim kochałyśmy. A co. Tyle nam było można. To Zbyszek chyba nauczył mnie jak byś dobrym managerem. Nie wykorzystywał tego, że leciałyśmy na niego. Był profesjonalistą. Kochałyśmy my go jako szefa i jako faceta. To była czysta platoniczna miłość do przystojnego roztrzepanego wariata.

Mówiłyśmy na niego Biniu. Biniowi przydarzały się niesamowita historie. Można było wtedy napisać o tym książkę. To jeszcze bardziej nas pociągało w nim. Nie pamiętam wszystkich tych historii Binia, ale tę jedną pamiętam i to właśnie ta przypomniała mi się na moście i zaczęłam ryczeć ze śmiechu. Coś takiego mi się nigdy nie przytrafiło podczas biegania. No niby owszem są endorfiny, ale żeby aż tak? Nie mogłam w pewnym momencie biec, tak mnie skręcało ze śmiechu.

Wyobraziłam sobie na dodatek, że opowiadam to mojej nowej przyjaciółce i nie wiedząc, jak właściwie by zareagowała zaczęłam jednak oczami wyobraźni widzieć jak się obie śmiejemy i przysięgam, że nie mogłam się powstrzymać. Biegłam i jak przygłup, jak czubek wyłam, ryczałam ze śmiechu i rozglądałam się tylko czy nikogo nie ma gdzieś w pobliżu. Było późno, więc sporadycznie tylko spotykałam innych biegaczy.

A cała historia wyglądała tak: mieliśmy taki ulubiony bar w naszym mieście, gdzie Biniu jeździł nieraz po pierogi lub naleśniki dla nas. Podkreślam był dobrym szefem. Nietypowym. Wszystko byśmy dla niego zrobiły. Niestety on wszystkiego nie chciał. Ale wrócę do tej historii.

Biniu już po pracy wracał z jakiejś fuchy jako tłumacz. Przyjechał tzw. czerwonym autobusem czyli wtedy to były autobusy podmiejskie. Nasz bar był tuż obok przystanku podmiejskiego. Bar o pamiętnej nazwie CENTRUM. Biniu był głodny, więc zaleciał do baru na zupę pomidorową i pierogi.

A trzeba dodać, że pierogi mieli tam najlepsze na świecie. W barze nie było o tej porze za wielu klientów. Biniu postawił na stoliku odebraną zupę i poszedł po pierogi. Postawił pierogi i wrócił do lady, żeby zapłacić. Odwraca się do swojego stolika, a tam jakaś kobieta siedzi i je jego zupę. Nie żeby jakaś żulera, normalna przyzwoicie ubrana kobieta. Biniu zdębiał. Patrzy i nie wie, co tu robić. Po chwili namysłu zupełnie nieśmiało usiadł naprzeciwko kobiety przy tym samym stoliku, sięgną po swoje pierogi i z równą nieśmiałością zaczął je jeść. Stwierdził, że będzie udawała, że nic się nie stało i kiedy kobieta wytrzeszczyła na niego gały, nie ukrywając zdziwienia Biniu po prostu jadł pierogi i grzecznie się uśmiechał do pani naprzeciwko. I tak sobie jedzą. Kiedy pani skończyła jeść zupę, postanowiła wyjść. I nagle zorientowała się, że z krzesła zniknęła jej torebka. Zrobiło się zamieszanie. Pani  się poderwała, Biniu się wystraszył i nagle pani wpadła w osłupienie. Znieruchomiała jak słup soli patrząc na dwa stoliki dalej. Biniu spojrzał też i też osłupiał. A tam

Dwa stoliki dalej na krześle wisiała damska torebka, a na stole stał talerz zupy pomidorowej i porcja pierogów.

Tym razem, to nie Biniu wykazał się roztargnieniem. Ale oczywiście taka historia mogła się przydarzyć tylko Biniowi. Pani jak zrozumiała, co zaszło zaczęła Binia przepraszać, że zjadła jego zupę, a mało tego  - myślała, że to jakiś czubek, którzy upierdziela jej pierogi.

Cóż na koniec dnia w barze Centrum czasami nie było wyboru, więc każdy brał co było :)

 

Pozdrawiam - Chinka

Komentarze (0)
Przed kolejnym skokiem

 Przed skokiem ma się różne myśli i odczucia. Fascynacja pomieszana ze strachem, bo przecież swego rodzaju strach zawsze się pojawia. Chęć przełamania słabości pomieszana z ambicją zrobienia tego dobrze technicznie i pragnieniem poczucia tej wolności, które pojawia się kiedy już sprawdzasz 3xS - spadochron, stabilność, sterowność. Koncentracja. Gdy już masz to za sobą i widzisz świat z góry wisząc bezpiecznie (?) pod otwartą czaszą sterując nią, obserwując wiatr i lotnisko w dole doznajesz czegoś niebywałego, czegoś wyjątkowego. Czujesz się wolna, wyjątkowa i jedyna ze swoimi myślami i emocjami. Dociera do ciebie, to że wszystko co teraz się wydarzy zależy tylko od ciebie. Tak naprawdę to doznanie towarzyszy ci już w chwili kiedy czekasz na odpowiednią wysokość, żeby stanąć w otwartych drzwiach samolotu i wyskoczyć. Nikt nie może z tobą być, nikt nie może nic dla ciebie już zrobić. Nikt ci nie pomoże jeśli sobie nie poradzisz lub wykonasz fałszywy ruch, jeśli podejmiesz złą decyzję. Wszystko w takich chwilach zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Doznajesz olśnienia, że to co dociera do twojej głowy tam w powietrzu tak naprawdę odnosi się do wszystkiego tam na ziemi, kiedy to niby masz twardy grunt pod nogami. Tam też jesteś sama i tylko od ciebie wszystko zależy. Całe twoje życie. I nie wiesz już czy podchodząc do otwartych drzwi samolotu odczuwasz lęk przed wysokością, czy przed tym, że musisz ponieść odpowiedzialność za siebie i nikt nie może tego zrobić, nikt poza tobą. Wyskakujesz w strugi powietrza i musisz dać radę. Jeśli chcesz nadal żyć.

Kiedyś na wysokości 1100 metrów przestałam "schodzić" w dół. "Coś" trzymało" mnie jakiś czas na tej samej wysokości. Nie czułam, żebym posuwała się ani w dół, ani do przodu. Nie wiem ile to trwało. Miałam wrażenie, że dość długo, ale myślę, że były to sekundy. Dziwne uczucie jakbym zawisła. Zerkałam na wysokościomierz kilka razy i czekałam. Nie czułam już strachu. Czułam zdziwienie. Dopiero po chwili poczułam lekkie jakby tąpnięcie i zaczęłam "schodzić". Pomyślałam wtedy o poezji Herberta, którą zawsze lubiłam i ceniłam, ale dopiero tam pod niebem ją poczułam tak, jakbym jej dotknęła.

Ostrzegano mnie przed kryzysem. Myślałam, że mam go już za sobą po 4 skoku. Niestety tak mi się wydawało, bo najwidoczniej nie rozumiałam czym może być kryzys. Poprzednio to były po prostu mniejsze lub większe obawy. Kryzys to zupełnie coś innego. Kryzys przyszedł w tę sobotę. Nie czułam strachu, nie czułam nic poza rezygnacją. Rezygnacją z życia. Nie miałam ochoty żyć. Nie wiem dlaczego. A może wiem. Czułam obojętność. I ta właśnie obojętność spowodowała, że nie skoczyłam. Nie chcę rezygnować z życia, nie w takich chwilach, bo to niebezpieczne. Nie czułam koncentracji. Niesamowicie trudno mi było - siedząc już w samolocie na wysokości prawie 1 km - powiedzieć, że "nie wyjdę". Wyrzucający był bardzo zaskoczony, bo miałam opinię wyjątkowo odważnej, wśród skoczków-uczniów. Jednak po chwili jego pełne zrozumienia ciepłe spojrzenie ukoiło wszystkie moje złe emocje. W naszej spadochroniarni spotkałam najwspanialszych ludzi w całym swoim życiu. Lotnictwo nauczyło mnie rozsądku, cierpliwości i zaufania do ludzi i siebie. Nauczyło mnie odróżniania głupoty od odwagi. Chcę tam wrócić i skakać nadal, ale borykam się z tym czymś, co nie jest strachem przed skokiem i lękiem wysokości, ale strachem przed.... życiem?

Dlaczego?

 

Komentarze (1)
Koleżanki z iWoman

Piszę właściwie w odpowiedzi na wpis Willow81, który obudził wspomnienia, kiedy to ponad 4 lata temu zaczynałyśmy pisać swoje blogi. Wtedy wytworzyła się niesamotwita blogowa społeczność i coś w rodzalu wirtualnej przyjaźni. Nie potrafię nawet teraz oddać słowami tego klimatu jaki tu panował. Najpierw pisałam jako "formic", później zmieniłam profil na Chinkę. Pamiętam jednak blogi moich wirtualnych koleżanek - Czarna Pantera, Marietka i jej babskie czytadło, Literka, Willow81, Baranek - nasz męski rodzynek.

To wszystko było nieudawane. Ta cała nić porozumienia i sympatii. Czytałyśmy a właściwie czytaliśmy siebie na wzajem i komentowaliśmy. Było tu czasami bardzo gorąco. Komentarze zamieniały się w dyskusje. A w problemach....staraliśmy się sobie realnie pomóc. Nie wierzycie? Podam przykład - napisałam na blogu, że 3,5 letni synek mojej pracownicy jest poważnie chory i w naszym szpitalu lekarze nie podjęli się operacji. Baranek, który jak się okazało był lekarzem pediatrii od razu zareagował. Podał mi na priv. swój numer telefonu i adres mailowy. Wysłałam wyniki badań, a sama swoją cyfrówką zrobiłam fotki guza, który odnowił się dziecku i lekarze bali się go drugi raz usuwać.

Baranek zorganizował konsultacje u profesora z dziedziny pediatrii we Wrocławiu. W przeciągu dwóch tygnodni chłopiec został przyjęty do kliniki i operowany przez najlepszych chirurgów. Do dziś jest zdrowy. Chodzi do szkoły i jest radosnym szczęśliwym dzieckiem.

Z Willow81 tak się zżyłysmy, że mimo tego, że mieszka ponad 800 km ode zmnie odwiedziła mnie w moim domu. To było super spotkanie. Myślę, że jesteśmy do dziś dobrymi koleżankami, mimo tego, że nie utrzymujemy kontaktu na co dzień, ale....w każdej chwili, kiedy ten kontakt bywa donawiany, mamy ze sobą o czym rozmawiać i jakoś zawsze się rozumiemy.

Z Marietką ucinałam sobie od czasu do czasu rozmowy telefoniczne, bo też mieszka na drugim krańcu Polski. Jakiś czas byłam też w kontakcie z Literką. No i ciągle czuję, że łączy mnie niewidzialna nić porozumienia z Czarną Panterą.

O kim nie wspomniałam? O Ewie Live, no ale z Ewą to okazało się, że mieszkamy w niewielkiej odległości bo ok. 34 km. Były wspóle spotkania, wspólne imprezy :). I ciągle gdzieś się o siebie ocieramy, mamy wspólne znajome. Wiem też, że Ewa tu czasami zagląda ;)

Jeden blog, a tyle fajnych wspomnień :). Szkoda, że dawne towarzystwo trochę się rozeszło. Uwielbiałam te nasze dyskusje, a naprawdę tęsknię za opowieściami Marietki.

Z przyjemnością wspominam prywatną korespondecję z Rudym Reniferem.

Pozdrawiam wszystkich i mam nadzieję, że nawet jeśli nie piszecie to czasami tu zaglądacie i też czujecie odrobinę tęsknoty za tym początkiem iWoman ;) W końcu to my tworzyliśmy to blogowisko.

I tak wiele się zmieniło i tu i w naszym życiu. U mnie zmiany sa diametralne. Całkowicie przwartościowałam swoje życie. I tak jak pisze Willow81 - kwitnę, rozwijam się, robię to co lubię i jestem pełna entuzjalzmu i satysfakcji życiowej. Choć po drodzie tak wiele przeszłam to dziś wiem, że warto było. Może kiedyś o tym jeszze napiszę, a może....po prostu będę pisała o bieżacych sprawach na drugim profilu - moim branżowym - jako Kobieta i Off-road.

Jak widać internet może mieć też dobry wymiar i nie koniecznie ograniczać się do wirtualnego udawania czegokolwiek. Może być dobrym narzędziem w budowaniu właściwych relacji między ludźmi.

Komentarze (3)
Koniec

I to by było na tyle na tym blogu. Pozdrawiam i zapraszam na blog off-raodowy, który będę teraz prowadziła jako Wrangler4ever.pl

 

Komentarze (4)
Sekrety sukcesu

 

Bardziej niż cokolwiek innego przygotowywanie się jest sekretem do sukcesu. (Henry Ford)

 

 

Biorąc sobie do serca powyższy cytat, przygotowania do wyprawy na Lofoty podjęłam już w styczniu 2013 roku, choć wstępne plany miałam w głowie we wrześniu 2012. Myślałam o tej podróżny najpierw bardzo nieśmiało, a później ta myśl wybuchła jak bomba atomowa i skaziła mnie całą. Taką mam już naturę, że myśli, które rodzą mi się w głowie musza swoje odleżeć jak dojrzewający ser, aby nabrały koloru, zapachu i smaku.

Moje życie zależy tylko i wyłącznie od moich własnych decyzji i ta zasada przyświeca mi od dawna, choć bywa i tak, że pewnych decyzji czasami się boję. Zwykle jednak pokonuję ten strach, bo zawsze było ze mną tak, że jak się czegoś bałam to musiałam tego dotknąć. Po co? Żeby przestać się bać, bo bać się nie lubię. Nie oznacza to, że jestem bohaterką, bynajmniej, ale jestem zawzięta i przekorna. I naprawdę nie wiem czy cechy te można zaliczyć do zalet, czy też są to wady. Wydaje mi się, że wszystko zależy od okoliczności. Może dlatego w dzieciństwie łapałam pająki, których boję się do dziś. Może dlatego chodzę po górach, że mam lęk wysokości i potrzebuję sobie udowodnić, że dam sobie z tym radę?

 

O wyprawie na Lofoty marzyłam od kilku lat, ale sama sobie stwarzałam pewne bariery. Głównie chodziło o pieniądze, które niezbędne są na taką wyprawę. I wcale nie są to małe pieniądze. Dlatego rezygnowałam, bo choć jako rodzina mamy sytuację materialną ustabilizowaną, to jednak nie jesteśmy bardzo zamożnymi ludźmi.

 

Wszystko jednak wymaga swojego czasu. Jak ten ser, o którym wspomniałam na początku. Podobnie było z moim podejściem do wyprawy. Przypomniałam sobie, że kiedyś bardzo dawno temu czytałam jakąś książkę z obszaru motywacji, czy coś w tym stylu. Nie pamiętam ani tytułu, ani autora. Wcisnęła mi ją moja koleżanka, kiedy byłam załamana tym, że nie mam gdzie mieszkać. Pamiętam jednak pewien przykład eksperymentu, który autor tam opisał. Długo stawiałam sobie ten przykład jako motto mojego życia i zawsze się sprawdzało w praktyce. Oczywiście nie było to łatwe, ale było możliwe.

 

 O co chodziło? Autor prowadził zajęcia z pewną grupą ludzi, którzy z różnych powodów uważali swoje życie za niezbyt udane. Przygotował dla nich kartki, na których coś na odwrocie napisał, ale nie pozwalał nikomu zajrzeć na drugą stronę. Za to poprosił, aby na tej czystej stronie napisali o czym marzą i co chcieli by w życiu osiągnąć, a czego do tej pory nie udało im się osiągnąć.

 

Wszyscy zapisali swoje kartki, a później każdy głośno odczytywał, to co napisał, czyli to o czym marzy i czego by chciał od życia. Kiedy już to zrobili, autor książki spytał, czy chcieli by wiedzieć dlaczego dotychczas tego nie osiągnęli? Czy chcieli by wiedzieć, dlaczego ich marzenia się nie spełniają? Oczywiście każdy chciał znać odpowiedź na te pytania. Wtedy autor powiedział im, że odpowiedź każdy z nich ma zapisaną na odwrocie kartki. Można ją teraz odwrócić i przeczytać.

 

Każdy pośpiesznie odwrócił swoją kartkę i każdy miał tam zapisaną jedną i tę samą odpowiedź, która brzmiała: Bo tak naprawdę tego nie chcesz. Może wyda się to głupie, ale ta książka, o zapomnianym tytule i autorze, zmieniła bardzo moje życie. A właściwie, to ja sama to życie zmieniłam, zmieniając swoje myślenie.

 

 

Oczywiście nie wystarczy tylko chcieć. To było by zbyt proste. Trzeba chcieć naprawdę, a to oznacza, że trzeba mieć odwagę podjąć działania, starania i wszelki konstruktywny wysiłek, bo nic nie dzieje się samo. Trzeba mieć odwagę wyznaczyć cel i do niego dążyć, nie rezygnować nawet jeśli po drodze zdarzają się porażki. Wymaga to ogromnej dyscypliny i konsekwencji w działaniu. Każdego z nas spotykają w życiu porażki większe, lub mniejsze. Taka jest kolej rzeczy. Nie oznacza to jednak, że nie jesteśmy w stanie odnieść sukcesu. Poza tym jaki smak miałby sukces, gdyby nie te porażki?

 

Kiedyś będąc na Słowacji i idąc na Chopok z moimi nastoletnimi synami w pewnym momencie musiałam przejść tuż nad przepaścią. Może przepaść to za wiele powiedziane, ale spore urwisko, które dla mnie było przepaścią. Moi chłopcy, zachowywali się jakby w ogóle tej przepaści nie było. Zadowoleni, rozbawieni szli naprzód. Mi nogi zmiękły i zakręciło się w głowie. Dla mnie osobista tragedia, bo chcę iść dalej, ale się boję. Wiem jednak, że nie zawrócę. Klękam więc na kolana i zaczynam iść na czworaka. Nieliczni turyści patrzą na mnie dziwnie. W pewnym momencie mój młodszy syn to zobaczył i zawrócił. Miał wtedy ok. 15 lat. Spytał, czy ma mnie przeprowadzić za rękę, ale oczywiście nie chciałam. Stwierdziłam, że dam radę na czworaka. Wtedy spytał Mamo po co to robisz?  Po co tam idziesz, skoro się boisz?

 

 

Moja odpowiedź była szybka i prosta Po to samo, co ty synu, z tą tylko różnicą, że ja się boję, a ty nie. Syn już o nic więcej nie pytał, uśmiechnął się i poszedł dalej zostawiając mnie samą, ale ukradkiem zaniepokojony, co chwilę oglądał się za mną. Kiedy przebrnęłam najtrudniejszy dla mnie odcinek trasy, wstałam na równe nogi i dalej już poszłam jak zwykły, normalny człowiek.

 

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ chcę, żebyście wszyscy, którzy to czytacie zrozumieli, że strach jest czymś naturalnym, czymś normalnym. Nie musimy się wstydzić, że się boimy, ale jednocześnie strach nie powinien nas ograniczać. Nie powinniśmy rezygnować z naszych pragnień, tylko dlatego, że coś nas przeraża. Niech sobie przeraża, byle nas nie przerastało. Dajmy sobie przestrzeń na ten strach i róbmy swoje. Zdobywajmy szczyty swoich możliwości. Chopok to naprawdę nie jest trudny szczyt do zdobyci, ale dla mnie owszem chwilami był. Mimo to, doszłam tam. Swoim sposobem, ale doszłam i to całkiem szczęśliwa, że mi się udało. I nie przeszkadzały mi żarty chłopaków na temat mojego sposobu chodzenia po górach. Dzięki temu było wesoło.

 

Podobnie jest z Lofotami. Nie wiem jeszcze jak, ale wiem, że tego dokonam. A za mną podążają moi bliscy, którzy mi wierzą, bo wiedzą, że jak coś postanowię to tak będzie. I jest na to wiele dowodów. Dlatego już teraz zaczęłam wszystko przygotowywać, bo muszę mieć czas na zdobycie środków. Podejmuję więc różne działania, które te środki pomogą mi zdobyć. Poza tym chcę, abyśmy o Lofotach wiedzieli wszystko, czego możemy się dowiedzieć przed wyjazdem. Każda wiedza się przydaje później w trasie.

 

Nie jest to nasza pierwsza wyprawa, ale pierwsza tak kosztowna i pierwsza, której chcemy nadać status wyprawy publicznej, czyli takiej o której będziemy pisać w szeroko pojętej przestrzeni internetowej i nie tylko. Dlatego wystarałam się o patronaty medialne. Udało mi się też zdobyć patronat honorowy Polskiego Towarzystwo Geograficznego. Staram się nadal o kolejne, bo im więcej mediów obejmie patronat na wyprawą, tym więcej informacji dotrze do większej grupy ludzi. A my chcemy dzielić się naszymi przeżyciami i tym, co zobaczymy i przeżyjemy. Chcemy też zachęcać innych, do podejmowania wyzwań i do odwagi w stawianiu czoła wszelkim przeszkodom. Warto pokonywać bariery. Warto dążyć do celu. Warto podążać za pragnieniami. Wtedy dopiero życie staje się piękne.

 

Gdybym tak nie myślała, być może nadal nie miałabym gdzie mieszkać, a przez to i życie moich dzieci wyglądało by zupełnie inaczej. Pewnie wiele naszych marzeń i podróży było by dziś zwykłymi mrzonkami i frustrującą ułudą. 

 

 

Komentarze (0)
Wszystkie jesteśmy czarownicami

Nie wywołujemy burz gradowych, nie sprowadzamy susz ani ulew. Klęski nieurodzaju to też nie jest nasza zasługa,  rzeki przez nas nie wylewają. Ale kto wie czy nie mamy konszachtów z diabłem?

Czy jesteście pewne, że gdyby można było na nowo ustawiać stosy, nie spalono by wielu z nas żywcem? Za co?

Za to, że bywamy ambitne. Za to, że zdobywamy się na odwagę samodzielnego myślenia. Za to, że potrafimy osiągać sukcesy. Za to, że wiele z nas nie chce, aby mężczyźni nas wartościowali i określali. Za to, że bywamy lepsze w rywalizacji z mężczyznami, albo równie dobre. Za to, że potrafimy się sprzeciwiać i buntować. Za to, że chcemy  kochać i być kochane. Za to, że chcemy być doceniane. Za to, że w ogóle czegoś chcemy. A czasami za to, że w ogóle jesteśmy. Za to, że łamiemy stereotypy. Za to, że bywamy niepokorne. Również za to, że bywamy piękne i nieosiągalne. Za to, że potrafimy marzyć. Za to, że nie chcemy się modlić za fałszywą moralność i fałszywe świętości. Za to, że bywamy szczęśliwe. Za to, że dostrzegamy to, co daje nam poczucie szczęścia. Za to, że szanujemy swoje ciało i o nim decydujemy. Za to, że wiemy czego chcemy.

My niegrzeczne kobiety. My kobiety sukcesu. My kobiety spełnione, lub dążące do spełnienia i sukcesu. My kobiety świadome. My kobiety rozumne. My kobiety ambitne i odważne. My kobiety .. wszystkie jesteśmy czarownicami. W wielu sytuacjach przyczajona inkwizycja dyszy nam to za plecami, bo każda z nas prędzej, czy później trafia na swojego inkwizytora.

Czy coś pominęłam?

Komentarze (2)
Z innej bajki - opowieść nr 3

Któregoś lata nasz kuzyn Eugeniusz , mieszkający w Niemczech,  zwany tam Eugenem, zaproponował abyśmy wszyscy razem pojechali na wspólne wczasy do Hiszpanii. Wszyscy razem to znaczy tyleż samo, co ja z Alojzym, Eugenz żoną Krysią i siostra Eugena  - Basia. Eugen postanowił załatwić te wczasy przez Niemieckie biuro podróży, co miało gwarantować niższą cenę i lepsze warunki. Po przemyśleniu tej propozycji stwierdziliśmy z Alojzym, że pomysł nie jest zły z kilku powodów. Po pierwsze w Hiszpanii jeszcze nie byliśmy, po drugie w towarzystwie wymienionych wyżej osób zawsze doskonale się bawiliśmy. A po trzecie, dawno wszyscy razem się nie widzieliśmy, więc to była dobra okazja, żeby  zgrać nasze urlopy i spędzić ze sobą nieco czasu. I oczywiście ten czas nie był zmarnowany. Dwa tygodnie minęło jak z bata strzelił. Wypoczęliśmy, wyszaleliśmy się wspólnie i nadszedł czas, że trzeba było się pakować. Do Hiszpanii jechaliśmy autokarem z Dortmundu i tam też autokarem mieliśmy wrócić. W Dortmundzie stała nasza szkapa, czyli jeszcze wtedy nasz stary samochód. Wróćmy jednak do tego ostatniego i najbardziej pamiętnego dnia w Hiszpanii. Jak to w ostatni dzień bywa, wszystkie ciuchy mieliśmy już nadające się do prania, oczywiście tylko te na ostatni dzień zostały czyste, bo w coś na drogę trzeba było się ubrać. Każde z nas poupychało te brudne ciuchy w torby na siłę, bez bawienia się w jakieś przemyślane układanie i pakowanie. Praktycznie nogą udeptaliśmy wszystko, żeby się zmieściło w torbach, bo zawsze jakoś tak się składa, że wracając z wakacji ma się jakby więcej w bagażu niż w dniu przyjazdu. Zeszliśmy spakowani na dół do holu hotelowego, gdzie mieliśmy czekać na autokar. Zgodnie z instrukcją naszej rezydentki  zeszliśmy pół godziny wcześniej. Oddaliśmy klucze w recepcji i czekamy. Minęło może z 15 minut, kiedy  Eugen stwierdził, że musi iść do toalety za nagłą potrzebą. Coś z żołądkiem nie tak. Chyba coś zjadł, co mu zaszkodziło (bo przecież nie wypił za dużo).  Ponieważ klucze od naszych pokoi już zdaliśmy, więc znaleźliśmy toaletę w holu, taką dla wszystkich gości. Eugen pognał do niej prawie jak sprinter. Chwilę później autokar podjechał a Eugena nie było. Przepadł w toalecie. .Alojzy  zaniepokojony poszedł na poszukiwanie kuzyna. Nagle widzimy, że Alojzy wraca jakiś dziwnie  zmieniony na twarzy i mówi Krysi, że sama musi pójść po męża. No tak, ale jak to będzie wyglądało, kiedy Krysia wejdzie do męskiej toalety?  Alojzy jednak nie chciał mówić o co chodzi, tylko zaczął ponaglać Krysię, że sprawa jest pilna i delikatna i niech najlepiej weźmie ze sobą torbę podróżną. Krysia prawie zdębiała. Pociągnęła jednak za sobą torbę na kółkach i weszła do męskiej toalety. My staliśmy i czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków. Alojzy jakoś nabrał wody w usta i nic nie chciał powiedzieć. Krysia wystrzeliła za chwilę z tej toalety i zaczęła prosić nas, żebyśmy kazali kierowcy autokaru chwilę poczekać. Wiadomym było, że autokar i tak nie odjedzie póki nie będzie kompletu pasażerów. Poszliśmy jednak do autokaru, spakowaliśmy swoje torby i przekazaliśmy kierowcy, że trzeba chwilę poczekać, bo sprawy się komplikują. Kierowca przyjął to ze spokojem, a my nadal nie wiedzieliśmy co się dzieje. Po mniej więcej 15 minutach zobaczyliśmy nadciągających Krysię i Eugena. Krysia czerwona jak buraki skrzywiona dziwnie na twarzy jak księżniczka struta gazem, a Eugen przebrany w pognieciony jak stara gazeta T-shirt. Wściekły. Nadal patrzyliśmy na nich ogłupiali nie wiedząc, o co chodzi, ale milczeliśmy wyczuwając grozę w powietrzu. Dopiero w połowie drogi, kiedy Eugen usnął, Krysia zdała nam relację z tego co zaszło w toalecie. A było to tak: Eugen dostał rozwolnienia, po naszej nocnej libacji. W biegu więc szybko ściągał spodnie i slipy. Usiadł niecierpliwie na sedesie ino właśnie. I wtedy powstał problem. Bo usiadł tak, że załatwił się z swój trochę za długi T-shirt, na którym też usiadł z rozpędu. Nie od razu się zorientował. Dopiero jak podniósł nieco swój szanowny tyłek, żeby się podetrzeć i zawartość T-shirtu poleciała mu po nogach i spodniach, to się połapał. Zdjął więc spodnie i obtarł nimi nogi. Slipy jakoś się uchowały czyste. Pozostał jednak ten za przeproszeniem osrany T-shirt. Eugen chciał go szybko  zdjąć, ale tam jeszcze co nieco zostało i umazał sobie tym całe plecy i tył głowy. Opłukał T-shirt pod kranem i zaczął obcierać sobie nim głowę. Nie potrafił jednak umyć sobie pleców. Kiedy Alojzy wszedł do toalety zastał Eugena w samych slipach, osranego na plecach i opłukującego koszulkę pod kranem. Eugen nie chciał mu wyjaśnić co się stało tylko kazał wołać Krysię, żeby go umyła i żeby wyciągnęła z torby jakąś nie osraną koszulkę na zmianę.  Dlatego Alojzy taki skołowany wyszedł z tej toalety. Krysia oporządziła Eugena i wygrzebała z torby jakąś koszulkę, która wcześniej upchana na siłę wyglądała jakby ją wyciągnięto krowie z gardła, ale mimo, że była pognieciona i przepocona, nie śmierdziała kupą. Później już wiadomo co było dalej. Krysia i Eugen pojawili się w autokarze i tak się kończyły nasze wakacje w Hiszpanii. 

 

Komentarze (0)
Z innej bajki - opowieść nr 2

Dopiero, co wróciłam do domu. Ostatnio w domu bywam mało. No więc było tak - jedziemy do Miasta Wojewódzkiego, bo problem u Syna  na stancji z internetem. Jedziemy naprawić. Jesteśmy w drodze jakieś 12 km od domu i dzwoni Syn - " mamo jeśli jedziesz, to przywieź mi przy okazji ręczniki bo zapomniałem zabrać". Ok. wracamy. Po ręczniki. Zabraliśmy te ręczniki i jedziemy, jesteśmy jakieś 15 - 16 km od domu i muszę siku, bo zmieniłam dietę. Jem masę owoców i warzyw i sikam, co chwila. No dobra, Alojzy obiecuje, że zaraz gdzieś zjedzie do lasu. A ja naprawdę już nie mogę. Prawie błagam, żeby się zatrzymał przy jakichkolwiek krzakach. Jest. Miejsce jak się patrzy. Mały lasek. Alojzy skręca. Wysiadam i biegnę w głąb lasku, spodnie już rozpięte powoli opuszczam w dół i nie tylko spodnie. Jestem już pozycji można powiedzieć narciarskiej i nagle czuję, że wpadłam w pajęczynę. Patrzę, a na brzuchu mam okrutnie wielkiego i tłustego pająka. Kurwa - krzyczę i staram się strącić pająka z siebie. Niczego tak się nie boją jak pająków, mam fobię, wpadam w histerię. Niestety zaczęłam też już sikać kiedy się nagle podniosłam, by walczyć z pająkiem. Obsikałam więc sobie bieliznę i spodnie nie wiedząc nawet o tym. Jak Boga kocham pierwszy raz w życiu coś takiego mi się zdarzyło. Alojzy siedzi w samochodzie i widzi, że coś się dzieje, ale nie wie co. Widział tylko, że wymachuję rękoma jak opętana. Biegnę do samochodu z opuszczonymi spodniami, a kiedy docieram do niego,  oświadczam - posikałam się, wystraszyłam się pająka. Alojzego zamurowało. Nic nie gada. Dobrze, że mieliśmy ręczniki dla Syna. Ścielę, więc ręcznik na siedzeniu, podciągam do końca spodnie, siadam i wracamy do domu. Bez słowa. Nagle Alojzy nie wytrzymuje i parska śmiechem. Nie może się powstrzymać. A ja się popłakałam ze wstydu i złości. Alojzy widzie, że płaczę i jeszcze gorzej zaczyna nim trząść śmiech. Prawie ryczy ze śmiechu i kładzie się na kierownicy jakby chciał się tarzać.  Po chwili i mnie ogarnia idiotyczny śmiech. Po prostu  posikałam się w gacie ze strachu przed pająkiem :))))). Wiem, wiem, mało romantyczne. Wyobraźcie sobie, co też musiał przeżywać pająk.

 

"Opowieść pająka"

Siedzę sobie na swojej pajęczynce. Słońce przedziera się między drzewami i cudownie grzeje. Cudowna jesień. Uwielbiam takie jesienne popołudnia. Siedzę, więc sobie tak i czekam aż jakaś muszka wpadnie z ofertą na kolację. Nagle jakiś potwór porywa moją sieć i mnie razem z nią pędząc przed siebie i niszcząc tym samym efekty mojej wielotygodniowej pracy. Nie wiem co robić. Nie wiem co się dzieje. Z przerażenia czuję się jak sparaliżowany. Nagle jakieś wielkie "coś" wali mnie w łeb i spadam w trawę. Nadal nie wiem, co się dzieje. Sam poplątałem się teraz we własną sieć. Nie wiem jak i gdzie uciekać. Widzę tylko, że nade mną jest jakiś wielki potwór, który wymachuje swoimi mackami wokoło i wdaje dziwny, przeraźliwy dźwięk. Po chwili jakby się trochę uspokaja, ale oblewa mnie czymś. Nie był to bynajmniej jesienny deszczyk. Pomyślałem sobie, że to już koniec, że po mnie. Ale nagle potwór uciekł. A ja zostałem w tej mokrej trawie jeszcze długi czas bojąc się, że potwór może wrócić. Postanowiłem poczekać, a kiedy już minęło odpowiednio  dużo czasu i poczułem się bezpieczny, postanowiłem od nowa budować swój pajęczy dom. Zrezygnowałem tego dnia z kolacji. Nie byłbym w stanie nic przełknąć.

Komentarze (1)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2015-11-19 21:09 Z innej bajki - opowieść nr 5
2015-11-16 18:47 Z innej bajki - opowieść nr 4
2015-09-25 08:57 Bar Centrum
2014-08-05 11:14 Przed kolejnym skokiem
2014-05-31 23:44 Koleżanki z iWoman
Archiwum
Rok 2015
Rok 2014
Rok 2013
Rok 2012